Przy ich piosenkach ludzie się zakochiwali, zaręczali, rodziły się dzieci. Nie ma chyba Polaka, który nie znałby chociaż jednego ich przeboju. De Mono. Tylko: które? Bo teraz zespoły De Mono są dwa. Idąc na koncert nikt nie wie, kto będzie śpiewał i, przede wszystkim, co będzie śpiewał. O co chodzi?

De Mono zadebiutowało w 1987 roku. Zaczęło się, jak w przypadku wielu zespołów, od wspólnego grania w garażu. Z towarzyskiego brzdąkania szybko zaczęło wykluwać się coś ciekawego. Okazało się, że ktoś umie napisać przebój, a reszta umie to fajnie zagrać. Potrzebny był tylko wokalista. Znalazł się.

Andrzej Krzywy, jak sam opowiada, wahał się, czy przyjąć propozycję Marka Kościkiewicza, ale spodobało mu się to, co usłyszał i postanowił zostać. Kościkiewicz, autor Statków na Niebie, Znów jesteś ze mną czy Kamień i Aksamit, pisał kolejne hity, publiczność się w nich zakochiwała i wydawało się, ze świat stoi otworem przez zespołem. Okazało się, że do czasu.

Im większy sukces, tym większe ambicje i roszczenia. Tak było z The Police, Pink Floyd, The Beatles. Nie brak też przykładów na rodzimym podwórku: Kombi, Czerwone Gitary czy Lombard. Muzykom znanych zespołów może wydawać się, że samodzielnie odniosą taki sam sukces, jak z kolegami z zespołu. Po co zatem dzielić się sławą i pieniędzmi? Na takie pokusy szczególnie narażeni są wokaliści. To oni zwykle są na pierwszym planie na scenie, to ich jako pierwszych rozpoznają fani. To zjawisko nie ominęło też De Mono. Andrzej uległ pokusie, poszedł własną drogą. Ale…

Pojawiło się pytanie – czy aby na pewno wszyscy wiedzą, jak nazywa się wokalista De Mono? Co, jeśli nie? Może łatwiej uznać, ze De Mono to ja? Ja, Andrzej? Tylko co śpiewać, skoro autorem wszystkich hitów jest Kościkiewicz? Ale! Skoro De Mono to ja, to może piosenki też są moje?

Świadomość praw autorskich jest w Polsce znikoma. Własność intelektualna jest nienamacalna, dlatego niezrozumiała, również dla tych, którzy powinni bronić praw do niej. Andrzej Krzywy postanowił walczyć o coś, co do niego nie należy – o prawa do wykonywania piosenek, których autor nie wyraża na to zgody, nie mówiąc o nazwie zespołu De Mono, którą też próbuje odebrać na drodze sądowej. Oczekując na wyrok, nic nie robi sobie z przepisów i nadal śpiewa piosenki Kościkiewicza. Czy przedstawiciele administracji, pozwalając na koncerty na podległych im terytoriach zdają sobie z tego sprawę? Pozostaje mieć nadzieję, ze nie, bo nie wiadomo jaki będzie kolejny krok. Czy nie okaże się, że równie łatwo przyzwolą na to, żeby każdy, kto zechce zamieszkał w naszych domach albo jeździł naszym samochodem.